✨ Inspiracja: nagły przebłysk! odrobina lasu i trochę uniwersum HP ;)
✨ Wzór: własny projekt
✨ Materiał: włóczka Alison&Mae
Mam słabość do dużych projektów. Chusty, koce, rzeczy, które rosną powoli, w moim tempie i potrafią towarzyszyć przez wiele wieczorów. Ale od czasu do czasu przychodzi taki moment, kiedy mam ochotę odłożyć wszystko na bok i zrobić coś... znacznie mniejszego.
Tego rodzaju zachciewajka dopadła mnie podczas urlopu. W zapasach włóczkowych mam jeszcze wiele okazów, które kupiłam przede wszystkim oczami... znacie ten uczuć, kiedy wchodzicie do sklepu, wzrokiem skanujecie półki i nagle pojawia się myśl: 'o, takiej włóczki jeszcze nie mam'? A dwie sekundy po włożeniu motka do koszyka: 'ale piękny, jego też wezmę!'. I kiedy pojawia się coś na kształt wyrzutu sumienia ('na cholerę tyle wzięłam' / 'kiedy ja to przerobię?' / 'gdzie ja to zmieszczę?' - niepotrzebne skreślić), szybko biorę jeszcze jedną, zanim dojdzie do mnie, że to bez sensu (cytując klasyka).
Taki proceder zdarzył mi się parokrotnie, ale to nie spowiedź i nie powiem, że
żałuję. Bo nie żałuję. Tylko zdarza się, że potem włóczka długi czas spędza w
zapasach, nim w mojej głowie zaświeci pomysł, co z niej zrobić. I tak właśnie
pewnego dnia wykonując zupełnie prozaiczne czynności, mój mózg przypomniał mi o
włóczce i podsunął myśl, co z niej wykonać - scrunchie.
Niby drobiazg. W sumie coś na co mało kto zwraca uwagę, bo nie rzuca się w
oczy. A jednak w ich wykonywaniu odnalazłam coś niezwykle satysfakcjonującego.
Może to brak presji czasu, a może to, że ten mały projekt opracowałam sobie
sama...
Niekiedy właśnie tego najbardziej mi potrzeba – projektu, który nie wymaga
planowania na wiele tygodni i przypomina, że tworzenie może być po prostu
przyjemnością.
Tym razem na tapet wzięłam kolory, które od razu przywołały jedno skojarzenie.
Brudna biel, chłodna szarość i głęboka zieleń.
Jeśli jesteście fanami świata Harry'ego Pottera, prawdopodobnie już wiecie,
dokąd zmierzam. Tak, jest w nich coś ze Slytherinu. Nie tylko przez barwy, ale też przez ich spokojny, trochę leśny charakter. Gdy
robiłam zdjęcia i spojrzałam na gotową frotkę leżącą na gałęzi, pomyślałam, że
wygląda, jakby była częścią tego leśnego krajobrazu. Dobrze się w nim
odnalazła.
Las ma niezwykłą zdolność wydobywania piękna z prostych rzeczy.
Na tle kory, mchu i liści nawet niewielkie projekty nabierają zupełnie innego charakteru. Zieleń staje się głębsza, biel łapie promienie słońca, a szarość przestaje być tylko szarością. Zaczyna przypominać kamienie, poranną mgłę albo korę starych drzew.
Nie mam wielu okazji (tudzież czasu) na fotografowanie moich prac na łonie natury, mimo że rękodzieło pięknie prezentuje się na jej tle. Nie konkuruje z nim. Natura po prostu pozwala mu wybrzmieć.
Coraz bardziej przekonuję się, że radość z tworzenia nie zależy od rozmiaru
projektu, bo liczy się to, co dzieje się po drodze - szum liści, zapach lasu,
kubek kawy... To dość odświeżająca myśl.
Podczas tego urlopu przypomniałam sobie jeszcze jedną rzecz - nie wszystko, co
biorę do rąk, musi kończyć się dużym projektem. Wystarczy niewielka gumka do
włosów, godzina spędzona w cieniu drzew i satysfakcja z tego, że z pracy moich rąk
powstało coś, co będzie towarzyszyć w codziennych czynnościach.




0 comments