✨ Wzór: Pocahontas od Motki Dobromirki
✨ Materiał: niestety nie pamiętam, bo projekt robiłam już jakiś czas temu, najprawdopodobniej włóczka od Wolleamore
Większość projektów pamiętam głównie z powodu efektu końcowego. Ten jednak jest dla mnie wyjątkowy ze względu na proces jego powstawania. Był to mój pierwszy CAL, czyli Crochet A-Long – wspólne dzierganie jednego wzoru przez wiele osób, krok po kroku. Każdy kolejny etap pojawiał się w określonym czasie, a wraz z nim kolejne zdjęcia, czasem rozmowy lub pytania i zachwyty uczestników.
Dzisiaj pewnie byłoby mi znacznie trudniej wziąć udział w takim przedsięwzięciu
- pomysłów mam zdecydowanie więcej niż wolnego czasu. Na swoją kolej czekają
szkicownik, pirografia, książki, akwarele, rośliny i kolejne motki włóczki.
Tworzę bardziej intuicyjnie niż według kalendarza.
Ale wtedy było inaczej. Pamiętam ekscytację związaną z oczekiwaniem na następny fragment wzoru. To
uczucie, że gdzieś w różnych częściach Polski – a może nawet świata – wiele
osób wykonuje dokładnie te same oczka, choć każda z tych chust tworzy zupełnie
inne opowiadanie dla danej osoby.
To było piękne doświadczenie.
Z tego powodu właśnie patrzę na tę chustę z
sentymentem. Oczywiście również przez nazwę... Przyznaję bez wahania – obwiniam
Disneya za kolejny powód do sympatii wobec tego projektu.
Dla wielu osób Pocahontas pozostaje symbolem wolności, życia blisko natury i
uważności na świat. Dopiero z czasem zaczęłam odkrywać, że za animacją kryje
się znacznie bogatsza kultura, pełna symboli i szacunku wobec przyrody. Patrząc dziś na tę chustę, bardziej niż film przypomina mi właśnie naturę.
Kolory nie były przypadkowe. Brązy, rdzawe czerwienie i ciepłe pomarańcze wyglądają jak jesienny las
rozświetlony zachodzącym słońcem. Kojarzą mi się z ziemią, korą drzew, ogniem i
skałami nagrzanymi przez letni dzień. To barwy, które dają mi poczucie spokoju.
A potem są jeszcze frędzle. Uwielbiam frędzle, niezależnie od tego, jak
zabawnie brzmi to stwierdzenie. Mam wrażenie, że dopiero one domknęły całość projektu. Wprowadziły pewną
dynamikę i sprawiły, że chusta przestała być wyłącznie użytkowym dodatkiem, a
zaczęła przypominać coś bardziej organicznego.
Frędzle od wieków pojawiały się przy ubraniach i przedmiotach codziennego
użytku wielu plemion tubylczych ludów Ameryki Północnej. Miały nie tylko
znaczenie praktyczne - pomagały odprowadzać wodę z mokrych skór, ale z czasem
stały się również charakterystycznym elementem zdobniczym. Poruszały się wraz z
człowiekiem, nadając ubraniom lekkości i życia.
Lubię tę symbolikę, bo przecież rękodzieło także ożywa dopiero wtedy, gdy ktoś
je nosi. Wzór tej chusty również przyciąga uwagę. Pełno w nim rombów i geometrycznych motywów. Geometria odgrywała niezwykle
ważną rolę w sztuce wielu ludów rdzennych Ameryki. Powtarzające się romby,
zygzaki i trójkąty nie były jedynie dekoracją. Często symbolizowały góry,
cztery strony świata, drogę, harmonię albo relację człowieka z naturą.
To fascynujące, że z prostych linii można stworzyć coś, co niesie ze sobą
znaczenie. W szydełkowaniu jest podobnie. Jedno oczko niewiele znaczy, dopiero setki powtórzeń układają się w opowieść.
Czuję, że dobrze odnajduję się w takich wzorach - nie są krzykliwe, nie próbują
imponować skomplikowaniem. One budują swoją siłę cierpliwie z każdym rzędem.
Patrząc dziś na tę chustę, myślę nie tylko o moim pierwszym CAL-u. Myślę również o
tym, jak bardzo zmieniło się moje tworzenie. Dzisiaj rzadziej podążam za gotowym harmonogramem. Częściej słucham własnego
rytmu. Czasem odkładam szydełko, żeby wrócić do rysowania. Innym razem
zostawiam niedokończony szkic i sięgam po książkę. Kiedyś miałabym z tego
powodu wyrzuty sumienia. Dziś myślę, że twórczość nie powinna być wyścigiem.
Nie trzeba robić wszystkiego. Nie trzeba brać udziału w każdym CAL-u. Nie trzeba realizować wszystkich pomysłów od razu. Wystarczy zachować w sobie ciekawość.
Bo właśnie ona sprawia, że nawet po latach można spojrzeć na starą chustę i
przypomnieć sobie nie tylko to, jak powstawała, ale przede wszystkim – kim
byliśmy wtedy, gdy trzymaliśmy ją po raz pierwszy w dłoniach.





0 comments