✨ Inspiracja: maszynopis, koniec lata, amerykańska preria
✨ Wzór: Mech
✨ Materiał: motek YarnArt Flowers, 1000 m
Ta chusta była moim pierwszym podejściem do znalezienia wymarzonego motka, w którego powstałoby moje małe dzieło. Oczywiście był to motek kupiony oczami (a jakże!), jednak pisząc to teraz, z perspektywy czasu długiego czasu od jego zakupu, dostrzegam, jak lata temu gdzieś w duszy już zaczynało kształtować się moje zamiłowanie do klimatów bardziej egzotycznych niż moje najbliższe otoczenie. Nie wiem, czy każda włóczka ma swoją historię - ja staram się, żeby miała... ale niektóre kolory zdecydowanie mają własną scenerię.
Kolory tej włóczki od początku kojarzyła mi się z prerią. Z bezkresem, którego nie widać końca. Z drogą ciągnącą się gdzieś między trawami. Z drewnianym domem stojącym samotnie na wzgórzu i niebem tak błękitnym, że aż trochę nierzeczywistym. A może po prostu z Dzikim Zachodem, który znam przede wszystkim z filmów i książek, więc moja wersja prerii jest mocno romantyczna i prawdopodobnie ma więcej vibe'u boho niż historycznej prawdy.
Tym bardziej, że w ostatnich miesiącach, kiedy naoglądałam się popularnych seriali typu Domek na prerii, saga Yellowstone, Świt Ameryki czy inny Ransom Canyon, moja fascynacja klimatami zza oceanu tylko się pogłębiała. Zdecydowanie muszę znaleźć więcej książek w tej tematyce, by moje delulu miało się dobrze.
Kolorystyka zrobiła tutaj całą robotę. Błękit przypomina mi letnie niebo nad otwartą przestrzenią. Taki czysty, spokojny błękit, który aż prosi się o długie patrzenie w górę. Biel jest jak światło, w krajobrazie mojej chusty jest trochę jak chmury, jak marzenia czekające na spełnienie. Żółtordzawe odcienie – jak wysuszona przez słońce trawa, piasek i kurz na drodze. A brąz dodaje całości trochę ziemi, drewna, skóry, starych siodeł i przedmiotów, które mają za sobą niejedną historię.
Razem tworzą paletę, która od razu przenosi mnie gdzieś daleko od miasta. Dlatego tak bardzo lubię zestawienia kolorów inspirowane naturą. Nie trzeba wiele, żeby stworzyć konkretny klimat. Kilka odcieni wystarczy, żeby w wyobraźni pojawiło się miejsce, którego w rzeczywistości wcale nie musimy odwiedzać.
W tej chuście jest też coś z boho. Trochę swobody, trochę niedbałej elegancji i trochę przekonania, że rzeczy nie muszą być idealnie dopasowane, żeby dobrze ze sobą współgrać. Boho zawsze kojarzyło mi się z łączeniem pozornie różnych elementów: z frędzlami, naturalnymi materiałami, wzorami, warstwami i kolorami, które wyglądają tak, jakby zostały znalezione podczas podróży.
Lubię ten brak przesadnej perfekcji i uważam, że szydełko tak dobrze odnajduje się w tym klimacie. Ręcznie robione rzeczy nigdy nie są zupełnie identyczne. Czasem oczko jest odrobinę inne, gdzieś wzór układa się trochę inaczej po obu stronach, a całość nosi drobne ślady procesu tworzenia. I bardzo dobrze.
Nie chciałabym, żeby rękodzieło wyglądało jak coś, co wyszło z fabrycznej taśmy. Chusta powstawała oczywiście znacznie mniej spektakularnie niż sugeruje jej klimat. Nie towarzyszyły mi konie, zachodzące słońce ani wiatr rozwiewający włosy na prerii. Było szydełko, włóczka i prawdopodobnie kawa, bo trudno wyobrazić sobie moje projekty bez kawy.
Ale wystarczyły odpowiednie kolory, żeby zwyczajny projekt zaczął opowiadać własną historię. I nagle okazuje się, że zamiast zwykłej chusty mam kawałek prerii zamknięty w kilku metrach włóczki. To dlatego kolory są dla mnie tak ważną częścią rękodzieła. Ten sam wzór wykonany w zupełnie innej palecie może stać się czymś całkowicie innym. Bo przecież wzór mech robiłam już wielokrotnie w różnych wariantach kolorystycznych i za każdym razem wychodziło coś innego i oryginalnego. Jeden udzierg będzie spokojny i melancholijny, drugi letni i lekki, a jeszcze inny będzie wyglądał, jakby właśnie wrócił z podróży przez pustynię.
Ta chusta zdecydowanie wybrała się na Dziki Zachód i chyba dobrze się tam czuje. Widzę ją na ramionach podczas wieczornego spaceru początkiem września, kiedy temperatura zaczyna spadać, choć dzień był jeszcze pełen słonecznego ciepła. Widzę ją przy długiej sukience i kowbojkach. Albo po prostu narzuconą niedbale na ramiona, kiedy chce się jeszcze posiedzieć chwilę na zewnątrz.
Chciałam, że była właśnie taka: trochę romantyczna, trochę dzika, trochę niepokorna. A jeśli przy okazji będzie mi przypominała o tym, że gdzieś istnieje ogromna przestrzeń, błękitne niebo i droga, która prowadzi nie wiadomo dokąd... Tym lepiej.
Czasem wystarczy kawałek włóczki, żeby wybrać się w podróż bez wychodzenia z domu.


.jpg)

0 comments