Biedny, nieszczęśliwy Eryk! Czy mamy go żałować? Czy też przeklinać? Chciał tylko jednego – być takim jak wszyscy inni ludzie. Ale był zbyt brzydki! Musiał ukrywać swój geniusz bądź używać go do stosowania niecnych sztuczek, podczas gdy, mając normalną twarz, byłby jednym z najszlachetniejszych przedstawicieli ludzkiej rasy! Miał serce zdolne pomieścić całe imperium, a musiał gnieździć się w piwnicy!
~ Gaston Leroux, Upiór Opery
Do tej pory chyba nie mówiłam zbyt wiele o tym, ile znaczy dla mnie rysowanie. Mało kiedy też publikuję coś co stworzyłam na papierze, ponieważ uważam ten obszar twórczości za bardzo intymny. Jednak są momenty, kiedy wychodzę ze strefy komfortu...
Jest kilka motywów w sztuce, które uwielbiam: amor&psyche, vanitas, wolność, symbolizm, jak również kilka innych. Niedawna wizyta w Galerii Uffizi pozwoliła mi przypomnieć sobie dawne ambicje, poszerzyć horyzonty i pokazać, jak wiele brakuje w moim warsztacie. Nie próbuję nawet dogonić mistrzów, ale niezwykle wiele radości sprawia mi sam proces rysowania i inspiracja warsztatem innych twórców. Tworząc do szuflady, całkiem możliwe, że kiedyś moje nazwisko dostanie dopisek Opus Posthumous.
Pracę nad tym rysunkiem skończyłam na początku tego roku. Ogromną inspiracją był oczywiście film z 2004 roku, który oglądałam niejednokrotnie. I tak myślę, że właśnie tutaj zaczyna się najbardziej sentymentalna część jego historii.
Pamiętam, że byłam na nim w starym kinie, którego już nie ma. Samo miejsce należy dziś do tych wspomnień, na które z upływem czasu patrzy się z coraz większym sentymentem. Kiedy zamykam oczy widzę urywki filmu, słyszę muzykę, dostrzegam przekrój staromodnej sali kinowej, do której nie można już wrócić, a nawet czuję zapach lekko zatęchłych siedzeń i ciężkich, zakurzonych kotar po obu stronach ekranu. Lubię takie wspomnienia. Nie zawsze pamięta się wszystkie szczegóły, czasem zostaje tylko nastrój, kilka niewyraźnych obrazów i uczucie, które trudno dokładnie nazwać. A jednak wystarczy usłyszeć znajomy motyw muzyczny, żeby na chwilę znów znaleźć się w tamtym miejscu, a nawet na nowo przeżyć historię z ekranu. Być może dlatego tak chętnie wracam do filmów, które oglądałam wiele lat temu - bo nie są już tylko opowieściami, które znam na pamięć. Stają się również małymi kapsułami czasu. A Upiór w Operze zdecydowanie jest jedną z nich.
Historia Upiora w Operze jest dla mnie bardzo sentymentalną podróżą. Film obejrzałam pierwszy raz w starym kinie wraz z kuzynką, gdy siedziałyśmy wśród prawie pustych foteli, a ja nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Wracam do tego filmu nie tylko dla fabuły - wracam dla muzyki, atmosfery, pojedynczych scen, spojrzeń i emocji, które mimo upływu lat wcale nie tracą na sile.
Rysunek przedstawia moje własne ujęcie bohaterów tej opowieści. Nie jest to próba wiernego odtworzenia konkretnej sceny czy kadru - bardziej osobista interpretacja postaci, które od dawna mają swoje miejsce w mojej wyobraźni i sercu. Chciałam uchwycić coś z ich charakterów, relacji i tego niezwykłego klimatu, który sprawia, że historia Phantoma tak mocno zapada w pamięć. Nad rysunkiem spędziłam kilka dobrych godzin. Trochę za dnia, kiedy światło pozwalało dostrzec wszystkie szczegóły i trochę później, już przy lampie, kiedy za oknem robiło się ciemno. Praca została wykonana markerami alkoholowymi i kredkami, stopniowo budując kolory, cienie i detale. Były poprawki i drobne zmiany. Nie zabrakło też momentów, kiedy odsuwałam kartkę, przyglądalam się jej z pewnej odległości, po czym oczywiście wracałam do pracy, bo przecież jeszcze znalazłam coś do poprawy... Nie wiem, czy istnieje moment, w którym rysunek jest naprawdę skończony. Muszę po prostu uznać, że dalsze poprawki niekoniecznie uczynią go lepszym, a nawet próbując coś poprawić, mogę wręcz go popsuć.
Nie sposób pisać o tej historii, pomijając muzykę Andrew Lloyda Webbera. To właśnie ona jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów całego świata Upiora. Wielkie emocje, dramatyzm, romantyczność, napięcie i ta charakterystyczna teatralność, która potrafi być jednocześnie piękna i niepokojąca.
Uwielbiam muzykę Webbera. Jest w niej coś, co trudno zamknąć w kilku słowach. Postrzegam ją jako monumentalną, by chwilę później mogła przybrać bardzo intymny ton. Kompozytor nie boi się przesady, mocnych emocji ani kontrastów. W świecie, w którym tak często próbujemy wszystko wygładzać i upraszczać, taka muzyczna intensywność ma dla mnie szczególny urok.
A do tego dochodzi klimat samej powieści Gastona Leroux — tajemniczy, nieco mroczny, pełen sekretów, ukrytych przejść, podziemi i tego specyficznego napięcia, które sprawia, że nie wszystko jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka. Opera staje się tu niemal osobnym bohaterem; miejscem, w którym splatają się sztuka, obsesja, miłość, samotność i pragnienie bycia dostrzeżonym. Jest w tym coś fascynującego, niepokojącego i... pociągającego.
Z dzisiejszej perspektywy myślę, że właśnie podczas tamtego seansu w kinie, 22 lata temu, mogła narodzić się moja miłość do charakterów typu morally grey, czyli bohaterów, których nie da się łatwo ocenić. Nie są jednoznacznie dobrzy ani źli. Mają swoje racje, słabości, pragnienia i wewnętrzne demony. Potrafią fascynować, choć nie zawsze można ich usprawiedliwić. Czasem budzą współczucie, innym razem sprzeciw, a nierzadko jedno i drugie jednocześnie. Eryk jest właśnie taką postacią. Nie chcę sprowadzać go do romantycznej figury nieszczęśliwego kochanka ani nawet usprawiedliwiać wszystkiego, co robi na kartach powieści. Jego historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Jest w niej geniusz, samotność, odrzucenie, ogromna potrzeba bliskości, ale też mrok, kontrola i przekraczanie granic. Eryk jest nestorem renesansu zamkniętym w ciele potwora, ponieważ deformacja z jaką się urodził nawet własnej matce nie pozwalała na niego patrzeć z miłością... a przecież każdy człowiek chciałby doświadczyć tego szczerego, bezinteresownego uczucia. Samotność wywołana brakiem akceptacji rodziła w nim powolne przekraczanie granic, zmierzające w stronę mściwości i czystej bezwzględności. Samo uczucie jakim darzył Christine balansowało między głębokim zachwytem a niebezpieczną obsesją. Te niejednoznaczności w jego postaci sprawiają, że trudno o nim zapomnieć.
Zawsze bardziej interesowali mnie bohaterowie z rysami i pęknięciami pod nieskazitelną maską autoprezentacji. Tacy, którzy mają swoją przeszłość i historię, nawet jeśli nie są one wygodne ani tym bardziej piękne. Nie muszę się z nimi zgadzać, żeby chcieć ich zrozumieć. Nie muszę ich lubić, żeby byli dla mnie fascynujący. Może to kwestia zamiłowania do opowieści, w których nic nie jest zupełnie czarne albo białe. A może po prostu od dawna mam słabość do postaci, które noszą w sobie trochę za dużo cienia.
Rysowanie tego obrazu było dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym ćwiczeniem. Było powrotem do historii, którą znam, ale która wciąż potrafi mnie zainspirować. Do muzyki, która niezmiennie robi na mnie wrażenie. Do filmu, który oglądałam wiele razy. Do starego kina, które już nie istnieje. I do tej młodszej wersji mnie, która siedziała kiedyś na sali kinowej i prawdopodobnie nie miała jeszcze pojęcia, że właśnie odkrywa jeden ze swoich ulubionych typów bohaterów.
Lubię, kiedy twórczość prowadzi mnie w takie miejsca. Czasem jest to włóczka, czasem fotografia, a innym razem kartka papieru, kilka markerów i kredki. Nie wszystkie moje zainteresowania muszą mieć ze sobą wiele wspólnego. Wystarczy, że dają mi przestrzeń do opowiadania własnych historii.
A ta historia pachnie trochę starym kinem, trochę teatralnym kurzem, trochę tajemnicą ukrytą za aksamitną kurtyną. I oczywiście brzmi muzyką Webbera.
Macie wśród filmów takie tytuły, do których wracacie nie tylko ze względu na samą historię, ale też na wspomnienia związane z pierwszym seansem?
Ja chyba właśnie znalazłam kolejny powód, żeby ponownie odwiedzić operę. Nawet jeśli tym razem tylko na papierze.




0 comments